Wolne piwo, czyli jak nie chcesz kupować, to uwarz sobie sam

„Free beer” nie musi być po prostu chwytem promocyjnym w stylu darmowego dodatku do pizzy, albo sposobem na poprawę wizerunku korporacji wśród swoich rozgoryczonych pracowników. „Free beer” to może być prawdziwa rewolucja polegająca na dzieleniu się wiedzą, tak aby przyspieszać rozwój ludzkości (w poszukiwaniu trunku idealnego), a nie go spowalniać.

Każdy język ma swoje unikatowe ograniczenia i możliwości. Popularny ostatnio angielski nie czyni rozróżnienia pomiędzy słowami „wolny” i „darmowy”, oba te przymiotniki tłumaczy się jako „free”. Ta ułomność języka dała początek pewnej słynnej anegdocie. Richard Stallman, mianowicie, powiedział że wolne oprogramowanie (ang. free software) jest wolne w takim znaczeniu w jakim mówimy o wolności wypowiedzi (ang. free speech), a nie tylko darmowe, jak piwo (free beer). Ta popularna fraza zrodziła całkiem konkretną odpowiedź w postaci inicjatywy wolnego piwa (ang. free beer).

Oprogramowanie musi być wolne

Wprawdzie dzielenie się wiedzą było normą przez większą część historii ludzkości, współczesny ruch na rzecz wolnej kultury zaczął się od konfliktu o oprogramowanie. Stallman, radykalny wizjoner, porzucił dobrze płatną pracę na MIT, według niektórych jednej z najlepszych uczelni technicznych na świecie w wyniku sporu, który zaczął się od drukarki. Rzecz miała miejsce w 1980 roku, gdy przyszły twórca systemu operacyjnego GNU, próbował podłączyć nowo zakupioną przez uczelnię drukarkę laserową do sieci. Ponieważ producent sprzętu nie przewidział takiej możliwości, Stallman chciał uzyskać dostęp do kodu źródłowego jej oprogramowania, aby móc poznać działanie sprzętu i zmodyfikować je tak, by drukarka mogła drukować dokumenty przesyłane z komputerów stojących na innych piętrach budynku. Gdy producent nie zechciał ułatwić mu pracy, rozgoryczony próbował namówić władzę MIT by podpisały oświadczenie, że nigy więcej nie kupią oprogramowania o zamkniętym kodzie źródłowym, a gdy i tu spotkał się z odmową, złożył rezygnację.

Tak rozpoczęła się dla Stallmana jego, jak sam ją nazwał „krucjata na rzecz wolnego programowania”. Jednym z jej efektów jest oprogramowanie komputera, na którym piszę te słowa, edytor tekstu, w którym je pisze, oprogramowanie serwera, na którym stoi strona Sabotażu (i większość innych stron na świecie), system zarządzania treścią na tej stronie, i tak w ogóle to Internet, taki jaki znamy, z całym swym pięknem i paskudztwem. Mówiąc inaczej, gdyby nie upór władz MIT i Xeroxa i gdyby Stallman dostał kod tej feralnej drukarki, to może los oszczędziłby nam godzin spędzonych na Facebooku, Fotce.pl i innych ważnych serwisach tego typu. Internet nie rozwinąłby się gdyby nie wolne oprogramowanie. Zapewne byłby tym czym w latach 70.: „fundowaną przez państwo usługą pocztową dla pracowników akademickich”.

Darmowe to za mało

Ruch wolnego oprogramowania nie optuje wcale za tym, żeby oprogramowanie było darmowe. Korporacyjne oprogramowanie o zamkniętym kodzie źródłowym bardzo często jest darmowe, ponieważ jego koszt wytworzenia w przeliczeniu na miliony kopii oprogramowania oscyluje blisko 0. Korporacje często wypuszczają za darmo oprogramowanie dla zwykłych użytkowników, pobierając opłaty tylko za wersje profesjonalne, przeznaczone dla firm itd. Problem z oprogramowaniem o zamkniętym kodzie źródłowym jest nie taki, że trzeba za nie płacić (choć niekiedy bywa ono drogie, równie często jest darmowe), ale zawsze ogranicza ono użytkownika, odbiera mu kontrolę nad własnym środowiskiem pracy i zwykle skazuje na korzystanie tylko w zamkniętym uniwersum produktów tej samej korporacji, ograniczając możliwość wyborów. Wolne oprogramowanie daje użytkownikowi możliwość modyfikowania go, inspirowania sie nim i twórczego rozwijania.

Wolne oprogramowanie to nie tylko takie, które każdy może przerobić, ale takie, którego własne wersje można potem dystrybuować (również pobierając za nie opłaty, jeśli uzna to za stosowne).

Stallman tłumaczył to (po angielsku) w ten sposób:

Powinniśmy myśleć o wolnym oprogramowaniu, w tym znaczeniu w jakim myślimy o wolności wypowiedzi (ang. free speech), a nie gdy myślimy o darmowym piwie (ang. free beer).

To zdanie stało się na tyle słynne, że znajduje się niemal we wszystkich opracowaniach dotyczących praw autorskich. Tak oto sformułowanie „free beer” stało się kontrapunktem dla rewolucji wolnej kultury. Wolne książki są czymś innym niż darmowe piwo, w wolnej muzyce nie chodzi o to o co w darmowym piwie, w wolnej poezji nie idzie oto, żeby była za darmo, jak piwo na firmowym festynie… W takiej sytuacji samo nasuwa się pytanie, o co chodzi w wolnym piwie. „Free beer” nie musi być po prostu chwytem promocyjnym w stylu darmowego dodatku do pizzy, albo sposobem na poprawę wizerunku korporacji wśród swoich rozgoryczonych pracowników. „Free beer” to może być prawdziwa rewolucja polegająca na dzieleniu się wiedzą, tak aby przyspieszać rozwój ludzkości (w poszukiwaniu trunku idealnego), a nie go spowalniać.

Potrzebujemy wolnego piwa

Jaki jest problem z piwem każdy widzi. Korporacje przyzwyczaiły nas do rozwodnionych produktów, które z udawanym piwem mają wspólny kolor i stopień wysycenia dwutlenkiem węgla. I choć piwo pozostaje bardzo popularnym napojem, ważnym dla kultury wielu mieszkańców tej planety, to większość z nas kupuje produkty piwopodobne wydając na nie niekiedy sporą część swoich dochodów. Tymczasem sztuka warzenia, jedno z najstarszych rzemiosł w historii ludzkości, uprawiane w niemal każdym domu jeszcze kilkaset lat temu, a jeszcze do niedawna w każdej wsi, jest w zaniku. Bogactwo piwnej tradycji znika z powierzchni ziemi, bo zalewani jesteśmy produktami byle jakimi, byle tanimi, a ich przeciętny konsument wciąż myśli, że piwo robi się z chmielu. Tymczasem przez kilka tysięcy lat piwowarki zgromadziły potężny zasób wiedzy, pomysłów, śmiałych, odważnych i niepowtarzalnych receptur. Piwowarstwo, z całym swym twórczym bogactwem, stało się zagrożonym dziedzictwem ludzkości.

W tej sytuacji ograniczanie przepływu wiedzy pomiędzy piwowarkami nie wydaje się dobrym pomysłem. Niech piwo będzie wolne, to znaczy niech każdy jego konsument może je samodzielnie odtworzyć, zmodyfikować recepturę, poszukiwać sposobów na jego ulepszenie i inspirować się nim w wytwarzaniu własnych trunków. Receptura wolnego piwa jest dostępna każdemu, w taki sposób by łatwo było uwarzyć piwo na jej podstawie.

Sabotaż chce wkładać do skarbca wiedzy piwowarskiej tyle samo ile z niego czerpie. Dlatego nasze receptury zawsze będą otwarte, a my sami zawsze będziemy wspierać piwowarstwo domowe.

Co więcej nasze receptury publikowane będą na wolnych licencjach, które nie wykluczają użycia komercyjnego. Niech dzięki naszej pracy mogą rozwijać się także inne browary rzemieślnicze. O ile wytworzenie każdego pojedynczego piwa wymaga pewnego nakładu pracy i surowców, stąd nasze piwo raczej nie będzie darmowe, o tyle raz utworzona receptura nie zużywa się gdy ktoś inny korzysta z niej lub ją modyfikuje. Dlatego nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy ograniczać rozwój branży piwowarskiej w imię chęci zysku. Nasze receptury publikować będziemy na warunkach licencji Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ich listę będziecie mogli znaleźć tutaj.

Zdjęcie: free beer bottles, jakob fenger, dostępne na licencji Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *